Recenzje płyt rock & metal. Postaram się poprzez tego bloga zapełnić lukę w recenzjach płyt pewnych wykonawców, jak i rzucić własne światło na te popularne.
Agnieszka Górecka odpowiedzialna za kobiece wokale w bardzo
lubianym przeze mnie i nie do końca docenianym Darzamat postanowiła realizować
się solowo pod szyldem NeraNature. Czy to krok dobry czy nie – nie mi oceniać,
chyba trzeba by zapytać samą zainteresowaną. My możemy oceniać tylko efekty jej
pracy. Z wiedzą jedynie taką, iż nowa muzyka Nery jest łagodniejsza od jej
macierzystego zespołu i że zaangażowała do współpracy kolegę – basistę z
Darzamat przystępuję do odsłuchania płyty.
„Shattered” jest bardzo dobrym wyborem na pierwszy utwór,
jednym z najlepszych kawałków na płycie. Dość konwencjonalna struktura nie przeszkadza
w przyjemnym słuchaniu. Z kolei „Precious Now” zaczyna wytwarzać lekko
nieprzyjemną atmosferę niejasności brzmienia (zbyt wiele nałożonych głosów) i
nieciekawych melodii. Następnie sprawę ratuje cover zespołu Garbage „The World
Is Not Enough” (który to nota bene w oryginale stanowił ścieżkę dźwiękową do
filmu z Jamesem Bondem pod tym samym tytułem). Wplecenie tego utworu w takie
miejsce płyty jest nieco zaskakujące, ale według mnie – jak najbardziej
pozytywne. Niestety dalej, już praktycznie do końca krążka jest tylko gorzej.
Kolejne kompozycje prezentują mało ciekawe wykonanie dość sztampowego, no
właśnie – czego? Ni to rock gotycki, ni to pop rock. Wszystko dość wygładzone,
zdublowane, powiedziałbym radiowe. Teksty wydają się dość trywialnie, kiedy
śpiewa je wokalistka, która do tej pory kojarzyła mi się mistycznymi lirykami.
Z reszty płyty jedynie „Broken” słucha się całkiem ciekawie. Miejscami w
wokalizach w „Scar” słychać ślady po twórczości Darzamat, co w moich oczach
nieco ratuje NeraNature, reszta jest niestety mdła i niczym specjalnym nie
wyróżnia się z morza podobnych zespołów. Jest jeszcze coś. Miejscami, jak na
przykład w kończącym płytę „Someone” razi twardy akcent Nery, który dziwi mnie
tym bardziej, że z tego co wiem skończyła ona filologię angielską. Poza tym
przecież przez tyle lat w Darzamat śpiewała tylko po angielsku.
Podsumowując, zauważam u Nery podobny syndrom, jak u Anneke
van Giersbergen. Obie wokalistki w pewnym okresie życia zaczęły czuć potrzebę
grania muzyki łatwej w odbiorze i melodyjnej. Anneke poszła w zbyt popowym
kierunku, Nera zaś…hmm…może nie dobrała sobie właściwym kierunku, ale jej
solowy projekt nijak oddaje jej prawdziwy potencjał. Pozostaje czekać na
kolejny album NeraNature i mieć nadzieję, że coś się zmieni. Póki co, po dwóch
odsłuchaniach Foresting Wounds - mam dość.
Evig Natt (norw. „wieczna noc”) to istniejący od 2002 zespół z Karmøy w okręgu Rogaland. Skojarzenie z mającą swe korzenie w Stavanger legendą gothic metalu Theatre of Tragedy narzuca się samo i jakoś już podświadomie dość wysoko stawia poprzeczkę na zasadzie podobnej jak ma to miejsce z zespołami blackmetalowymi z Bergen czy winami z Bordeaux :), choć może to tylko moja autosugestia. W każdym razie do Evig Natt jak do chyba każdego „młodego” zespołu gothicmetalowego podchodzę z lekką rezerwą i małym nastawieniem na to, że coś mnie zaskoczy. Lecimy.
Płyta bezpardonowo stawia przed nami ścianę dźwięku w postaci „Nemesis of Heart”. Kawałek jednak nie zniechęca, a po wejściu wokalu zaczyna robić się przyjemnie. Wokalizy pani Kirsten brzmią dość eterycznie, zaś kiedy wchodzi ona na właściwe partie głos jest czysty i klarowny – bardzo mi się to podoba, tak samo zresztą jak barwa jej głosu. Czasami słuchać także drugiego, growlującego wokalistę, którego maniera plasuje się gdzieś między growlem a skrzekiem blackmetalowym, za co też plus. Warto zwrócić szczególną uwagę na utwór „My Demon”, w którym zespół zawarł dość spore wahania stylistyczne, co wychodzi muzyce na dobre. Chóralno-pianistyczne, długie intro po ok. trzech minutach rozkręca się, po czym zdajemy sobie sprawę, że z naszych głośników zaczyna sączyć się autentyczny blackmetal z blastami! Wszystko to, by przejść w melodyjny refren, a potem wszystko to wymieszać jeszcze bardziej i okrasić ciekawymi efektami. Mam wrażenie, jakby ktoś na bieżąco w tym utworze podczas słuchania go wrzucał kolejne partie zgodnie z tym, na co mam ochotę – to się nazywa zmysł kompozycyjny! „In My Death I Dream of You” zwalnia tempo i daje nam chwilę wytchnienia, zaś w „A Final Lament” delikatną, ładną balladę przecinają gęsto kostkowane gitary, a Norwegowie nie dają nam zapomnieć jakiego gatunku ich kraj jest ojczyzną :). Przeplatanie styli jest tutaj według mnie realizowane gustowniej niż u gigantów gatunku, takich jak Epica. Utwór tytułowy jest nieco bardziej konwencjonalny, choć o nudzie nie ma mowy. Ostatnie na playliście widnieje ponad siedmiominutowe „Fallen”, które nie oferuje nam już ani mocnych gitar ani łojącej perkusji, co po dawce adrenaliny z wcześniejszych utworów jest bardzo dobrym posunięciem. Po całym zniszczeniu, którego nie spodziewałem się na płycie gothicmetalowego zespołu „Fallen” pozostawia łagodną, melancholijną nutę ukojenia.
Jak widać, nie ma co sądzić po pozorach, a na świecie są jeszcze rzeczy, które potrafią nas zadziwić. Evig Natt na swojej pierwszej płycie funduje nam dobry gothic metal bez popularnej wśród młodszej generacji stylizacji na gotycką przebojowość, ponadto łączy go z elementami black i death metalu tak sprawnie i bez zgrzytów, że słuchanie to czysta przyjemność. Zespół przywrócił mi wiarę w odkrywanie nowych kapel gatunku!
Shoegaze to gatunek, który do tej pory kojarzony był przeze mnie z zapędami ku niemu
zespołów z pogranicza depresyjnego black metalu, takich jak Dopamine, Dernier
Martyr czy Alcest. Po pierwszym kontakcie ze Slowdive urzekło mnie w ich muzyce
coś, czego nie potrafiłem nazwać, ale jednocześnie coś, co już kiedyś znałem.
Po krótkim poszukiwaniu informacji i dowiedzeniu się, że to jedni z protoplastów
gatunku wszystko stało się jasne.
Souvlaki to pierwszy pełny album zespołu po który sięgnąłem.
Muszę zastrzec, że jedno przesłuchanie nie wystarcza, by w pełni poczuć o co w
muzyce Brytyjczyków chodzi. Od samego początku zespół pokazuje nam swoje
mgliste, nieprzeniknione, ale jednocześnie melodyjne i wielobarwne oblicze. „Alison”,
które swoją drogą jest jednym z najlepszych utworów na płycie rozpoczyna album
dając odrobinę nieco klarowności na zwrotkach, która – owa klarowność z biegiem
czasu zaniknie prawie całkowicie. „Machine Gun” z jakby ironicznym dopasowaniem
tytułu opada miękko zalewając nas kolejnymi warstwami modulowanych gitar,
syntezatorów i wokali. W niekonwencjonalnie balladowym „Here She Comes” mamy
okazję wyciszyć się przed psychodelicznym „Souvlaki Space Station”, który z
kolei wprowadza nas do chyba największego przeboju tej płyty – „When the Sun
Hits”. Pozwolę sobie subiektywnie stwierdzić, że utwór tak chwyta za serce, że
jest wręcz stworzony do bycia „osobistym” i łączyć się z konkretnymi
wspomnieniami. Od tego momentu płyta zwalnia i powoli prowadzi nas ku końcowi. „Dagger”
delikatnymi gitarami akustycznymi daje ostatni akord Souvlaki.
Odczucia po przesłuchaniu drugiego studyjnego albumu Slowdive
są u mnie pozytywne głównie dlatego, że płyta nie daje się w stu procentach
poznać. Kolaż dźwięków tworzy nieprzebyty krajobraz dźwiękowy jednocześnie nie
tracąc na melodyjności, trzymając wolne tempa i nie tworząc chaosu. Brytyjczycy
z Reading zawarli w tym wszystkim atmosferę nastoletnich marzeń i beztroski,
która jest jak najbardziej autentyczna, bo przecież wszyscy byli w bardzo
młodym wieku rozpoczynając karierę w Slowdive. Warto też wspomnieć, że Rachel
Goswell i Neil Halstead – dwie główne postacie zespołu znały się od wczesnego
dzieciństwa.
Souvlaki łatwe nie jest. Nie jest też dobrą płytą na każdy
moment, za to na pewno będzie idealne na wyciszający wieczór po całym dniu.
Jest to też płyta nieprzejrzana, która chyba nigdy się nie znudzi, bo nigdy nie
da się jej w całości poznać, tak jak nie da się poznać wszystkich tajemnic
młodości, która przemija. Ta wspólna cecha chyba właśnie łączy te dwie rzeczy i
czyni je „zaczarowanymi”.
Po dłuższej przerwie w pisaniu postanowiłem wziąć
na warsztat kogoś świeżego, a zarazem wyjątkowego. Victorians – Aristocrats’
Symphony, czyli bielski kwartet wykonujący metal symfoniczny z rozmaitymi
wpływami z właśnie wydanym albumem „Revival” okazał się być doskonałym celem na
kolejną recenzję. Muzycy, którzy notabene odpowiedzialni byli za opisywane
jakiś czas temu na tejże stronie Noxiferis odpowiedzieli mi na kilka pytań
wyjaśniając okoliczności powstania zespołu i dzieląc się swoimi inspiracjami.
THoG: Jak mi wiadomo, jeszcze do niedawna w podobnym składzie tworzyliście typowo
gotycki zespół Noxiferis. Co was skłoniło do sięgnięcia po klimaty
wiktoriańskie? Skąd niecodzienny pomysł połączenia ich z visual kei?
Utis:No właśnie... z tym “typowym” gotykiem zawsze był problem. Noxiferis miał być
progresywnym zespołem gotyckim i był takim przez kilka lat. Bardzo lubimy takie
klimaty i zawsze z sentymentem wspominamy utwory i koncerty, które przyszło nam
zagrać pod sztandarem Noxi, ale pojawiły się pewne sygnały, które kazały nam
zastanowić się: czego oczekujemy po swojej twórczości?
Vi: W Noxiferis popuściliśmy wodze naszych fantazji. Skupiliśmy się na gotyckich
wokalach oraz progresywnych rytmach i gitarach. Całość wyszła dość oryginalnie,
co powodowało zainteresowanie innych muzyków, natomiast - według mnie -
materiał nie sprawdził się na koncertach. Podjęliśmy decyzję, że zespół chce
się skupić na graniu koncertów, ponieważ to publiczność daje nam energię do
dalszego działania. Pozostając wiernymi naszym klimatom, naszą uwagę
przenieśliśmy w kierunku pięknych melodii, koncertowych utworów oraz
charakterystycznego image’u. Chcemy grać muzykę, która nie pozawala zostać
obojętnym oraz dawać z siebie wszystko na koncertach.
Utis:Kiedy doszliśmy do przekonania, że potrzebujemy takiego projektu jak
Victorians, ważna była dla nas właśnie idea, która byłaby czymś nadrzędnym w
stosunku do twórczości muzycznej, a w przypadku idei zazwyczaj dochodzi się do
rewolucji (albo odrodzenia). My wierzymy, że sztuka może odmienić ludzkie życie
i świat wokół nas, który w swoim pośpiechu ślizga się jedynie po powierzchniach
prawdziwych wartości i jest jak wielki gorset, który trzeba rozciąć, aby
znaleźć miejsce dla urzeczywistnienia swoich fantazji (a tak się składa, że
nasze krążą wokół kultury XIX wieku)
THoG: Z tego, co wyczytałem z informacji o Was, aranżacjami symfonicznymi,
które zdecydowanie dominują w Waszej muzyce zajmuje się basista. Czy wszystko
komponowane i nagrywane jest za pomocą wtyczek i syntezatorów, czy może
użyliście na Waszym albumie kilku prawdziwych instrumentów?
Utis:Basista to mało powiedziane! Nazwijmy go nieskromnie multiinstrumentalistą. W
Noxiferis grał podczas koncertów raz na perkusji, innym razem na klawiszach,
teraz na basie, a oprócz tego jest wieloletnim gitarzystą solowym innych
zespołów... podobnie zresztą nasz perkusista! Ale do meritum: z zapisem nutowym
i rozpisywaniem partytur nie ma problemu... Problem pojawia się w momencie,
kiedy musisz wynająć orkiestrę... może nie tyle “wynająć”, bo to standardowa
usługa, ale “wyłożyć środki” na wynajem Dlatego orkiestracje, które
naszym zdaniem brzmią rewelacyjnie, pochodzą z magicznego pudełka i
wygimnastykowanych paluchów...
Vi:Dbam tylko o to, aby nasza muzyka brzmiała "pełnie" i spójnie.
THoG:W jaki sposób radzicie sobie z tak zawiłymi aranżacjami na koncertach nie
posiadając klawiszowca?
Vi:Z przyczyn praktycznych, nasze misternie zaaranżowane orkiestracje są jedynie
uzupełnieniem koncertowych rytmów oraz riffów, wypełniających przestrzeń
pomiędzy wersami ożywionymi potężnym operowym głosem naszej wokalistki Eydis.
Utis:To prawda! Chociaż przez długi czas szukaliśmy klawiszowca, który uzupełniłby
nasz skład, ostatecznie zaniechaliśmy tej czynności i świetnie radzimy sobie
jako kwartet. Co do występów na scenie: oczywistej legitymizacji takiego grania
udzieliły nam inne zespoły, które bądź to mają klawiszowców, ale grają oni
tylko niektóre partie instrumentów (patrz: Nightwish i in.), a reszta
orkiestracji gra sobie w tle, bądź nie mają klawiszowca, a orkiestracje stanowią
tylko uzupełnienie kompozycji (Amaranthe i in.)
THoG: Muszę przyznać, że album "Revival" brzmi całkiem dobrze. Kto
stoi za jego realizacją?
Utis:Mariusz Piętka z częstochowskiego MP Studio. Świetny człowiek i świetny
fachowiec, emanujący spokojem, cierpliwie odpowiadający na wszystkie nasze
pytania. Zdecydowanie osoba i studio godne polecenia, co z czystym sumieniem
robię!!!
Płyta została wydana w formie digipacka, z grafikami naszego pomysłu i
wykonania.
THoG: Płyta wydana, więc jakie plany na najbliższą przyszłość?
Vi:Teraz pozostało nam już tylko zdobycie serc wszystkich miłośników symfonicznego
metalu na całym świecie. Tak, plany mamy śmiałe, ale wiary w siebie nam nie
brakuje, wystarczy spojrzeć na to, jak bawi się publiczność na naszych
koncertach.
Utis: O tak! Koncerty!!!
THoG: Z pewnością wiele osób, tak jak ja, chciałoby zobaczyć Was na żywo.
Możemy spodziewać się jakieś trasy koncertowej?
Vi:Niestety, trasa wiąże się z kosztami, więc będziemy się musieli wstrzymać z nią
do momentu, aż będziemy wiedzieć, że posiadamy odpowiednie zainteresowanie w
poszczególnych miastach. W chwili obecnej pracujemy nad naszym pierwszym
teledyskiem, który - mamy nadzieję - pomoże nam dotrzeć do odpowiedniej ilości
fanów.
Utis:Co nie zmienia faktu, że gdy nadarzy się okazja do zagrania koncertu, choćby w
najdalszym zakątku Polski, na pewno będzie można na nas liczyć! Początkiem
listopada będzie nas można zobaczyć na kilku koncertach na Śląsku i w
Małopolsce, u boku Radogosta i Silent Stream Of Godless Elegy, a 15 grudnia we
Wrocławiu wraz z japońską gwaizdą muzyki rockowej - zespołem Black Line.
THoG: Co robicie poza zespołem? Posiadacie jakieś side projecty, tudzież pasje
pozamuzyczne?
Vi:Interesuje mnie wiele form kreatywnego wyrazu takich jak wszelaka grafika,
ruchomy obraz jak i ożywianie komputerów
Utis:To się może źle skończyć... składanie hołdu własnej próżności... ale brzmi
ekscytująco... więc napiszę, że kocham książki \m/
THoG: Na koniec jeszcze jedno pytanie: czy jest jakiś zespół, z którym
najbardziej chcielibyście zagrać na jednej scenie?
Vi:Tak. Jest taki zespół, który chcieli byśmy poprosić o supportowanie nas:
Nightwish A tak naprawdę to uważam, iż
Tuomasowi należy się szacunek za to co robi w materii popularyzowania
symfonicznego metalu.
Utis:Bez komentarza… chociaż nie, są 2 polskie nowe zespoły z którymi chciałbym
dzielić scenę: Electric Chair i Kingom Waves.
Dowiedzieliśmy
się sporo, a więc czas przejść do sedna. Na „Revival” dostajemy 10 utworów o tytułach,
które w tym gatunku raczej niczym nie zaskakują. Otwierający przedstawienie „Descent
of Your Destiny” już od początku ukazuje całe symfoniczne oblicze grupy. Bardzo
ciekawy „groove” w połączeniu z lekko orientalnym zabarwieniem zaciekawia i jak
najbardziej wzbudza chęć do dalszego słuchania. Dość urozmaicony, z ciekawą
linią – jeden z najlepszych utworów na płycie.
Po nim następuje „In the End”
zaaranżowany bez większej filozofii jako typowy utwór gothic metalowy. Nie
zamierzam jednak sugerować iż jest „zwyczajny”, gdyż główna melodia jak i
poboczne orkiestracje są niesamowicie dobrze ułożone i wykonane. Jest to
bezsprzecznie utwór, po którym płyta będzie kojarzona. Gdy po raz pierwszy
odsłuchiwałem „Revival” odtworzyłem go 3 razy jeszcze przed zapoznaniem się z
resztą krążka…
…która niestety wraz trzecim
utworem zaczęła mnie nieco rozczarowywać. W „Voice of Eternal Love” słychać
bowiem, jak na mój gust, przeładowanie elementami symfonicznymi, które do tej
pory przepuszczały gitary zachowując bliską granicy, ale jednak równowagę.
Powermetalowe rytmy wraz z przeładowaniem symfonicznym ocierają się zazwyczaj o
kicz, także trzeba z tym uważać.
Czwarty utwór na szczęście rekompensuje
wszystko. Jest piękny i potężny, słychać w nim wyraźne inspiracje zespołami
sceny holenderskiej. Świetne, wręcz czarujące są wokale Eydis, o których
jeszcze w tej recenzji nie wspominałem. Dziewczyna zrobiła naprawdę duże postępy
w porównaniu z nagraniami Noxiferis, które też nie były złe. W głosie słychać
większą estetykę, dynamikę. Bardzo ładnie brzmią nieco niższe zejścia, o
których wokalistki często zapominają w pogoni za idealnym sopranem.
Przesłuchujemy „Siren”,
którego refren nieco za mocno przypomina dokonania Nightwisha i co czujemy? Coś
tutaj chyba zbyt mocno pędzi nie dając chwili wytchnienia. Tak właśnie jest i
nie zmienia się to aż do końca. Wiktoriańska maskarada trwa bezlitośnie dalej i
ani myśli dać nam nieco czasu na złapanie oddechu. Nie mówię tutaj o typowych
balladach, które nie na każdej płycie muszą się znaleźć, ale próżno szukać na „Revival”
wyciszeni. Płyta przytłacza mnogością elementów symfonicznych i jest według
mnie pod tym względem „przedobrzona”.
Nie inaczej jest przy „Servants of Beauty” i „Prince
of Night”. Utwory są dobre, jednak prawie nieustannie świecące wskaźniki
maksymalnego poziomu na moim mikserze sugerowałyby bardziej, że słucham albumu
black- czy deathmetalowego. W „Don’t Let Them Cut My Wings” zespół ponownie
wraca do niezbyt lubianej przeze mnie stylistyki powermetalowej by w "Juliet’s
Tale" po raz kolejny pokazać kunszt swoich kompozycji i przede wszystkim linii
wokalnych. „Creed” bardzo ładnie kończy album dając wreszcie nieco więcej zróżnicowania
dynamiki, co zostawia miłe wrażenia po tym, jak wybrzmią ostatnie dźwięki.
Jaka jest cała płyta? Na pewno
dobra, miejscami wyśmienita, zaś na pewno też nie idealna. Elementy symfoniczne
w muzyce metalowej mogą tworzyć cudowne i potężne efekty, jednak warto
pamiętać, że jakkolwiek bardzo chcemy, by nasza muzyka była nimi nasycona,
należy pamiętać, iż to właśnie rozważne ich stosowanie oraz pozwalanie
słuchaczom na lekkie ochłonięcie, by za chwile znów ich czymś zaskoczyć. To
naprawdę potęguje efekty.
Victorians - Aristocrats' Symphony – niewątpliwie wyjątkowy
na naszej, krajowej scenie zespół ma aspiracje i predyspozycje do dalszej, owocnej w
sukcesy działalności. Myślę, że po pewnym „dotarciu się” wszystkich
zgromadzonych pomysłów i wykorzystaniu całego potencjału, który czuć w ich
muzyce będą w stanie zdziałać jeszcze dużo dobrego (czego i sobie życzę,
ponieważ chętnie posłucham :).
L'Âme Immortelle od przynajmniej ostatnich
kilku płyt tworzy muzykę dość jednolitą, która jednak mi osobiście się podoba i
nawet na dłuższą metę nie nudzi. Niektórzy na pewno mogliby duetowi z Austrii
zarzucić braki w wyrafinowaniu czy nawet ocieranie się o kicz, w szczególności
jeśli chodzi o teksty), ja za to zauważam w tym, słusznie lub nie, prawdziwe
emocje, mimo tego, że okraszone gotycką, groteskową, egzaltowaną otoczką. Po
godzinach spędzonych w moim życiu na słuchaniu albumów L'Âme Immortelle, kiedy tylko dowiedziałem się
o wydanym w bieżącym roku albumie „Momente” od razu postanowiłem sprawdzić, co
wiedeńczycy dla nas przygotowali.
Mówiąc
prosto z mostu – płyta nie zaskakuje stylistyką materiału. Po takiej wstępnej ekspertyzie można by
mniemać, że moja ocena będzie negatywna bądź neutralna…i tu Was zaskoczę. „Momente”
to w moim odczuciu najlepszy, najlepiej napisany, wyprodukowany i dopracowany
album L'Âme Immortelle. W moim odczuciu płyta jest mocno ciągnięta w
górę przez rockowo-balladowe kawałki takie jak „No Goodbye”, „Wie Tränen Im
Regen” czy „Why can’t I make you feel”. Mamy w nich jeszcze więcej wczucia,
dramatyzmu i tragiczności, wszystko jednak zrobione jest tak, by nie mdliło
nadmiarem poezji w stylu nastoletnich gotów. Nieco mniej, jak zresztą zawsze,
przekonują mnie industrialne utwory Thomasa, są dla mnie nieco zbyt agresywne i
dyskotekowe, choć na „Momente” i tak jeszcze nie jest najgorzej.
Bardzo
podoba mi się sposób, w jaki album został nagrany i zmiksowany. Jest dużo
elektroniki, jednak przeplata się ona bardzo płynnie z żywymi instrumentami.
Całość niesamowicie żyje, jest namacalna i „soczysta”. Dynamika wspaniale
podkreśla przejścia i zmiany w utworach. Naprawdę, słuchanie tej płyty w
dobrych warunkach to prawdziwa przyjemność.
Po
przesłuchaniu całości, najnowszy album L'Âme Immortelle pozostawia niedosyt i jest to
bardzo dobry znak. Zespół pokazuje, że grając bardzo podobną muzykę jak na
kilku wcześniejszych wydawnictwach można uczynić ją ciekawą nawet dla ludzi
osłuchanych z wcześniejszą twórczością. Czekam na kolejną, jeszcze lepszą
płytę!
W tym momencie
znów powieje nostalgią. Kriegseisen – horda, która swego czasu trzęsła dość
solidnie trójmiejską sceną, rozwiązana dwa lata temu, na moim odtwarzaczu gości
jeszcze raz na jakiś czas. Być może, że z powodu sentymentu i uroku dawnych,
trójmiejskich koncertów, ale i nie bez znaczenia całkiem przyzwoitej muzyki.
„Against
Lies And Betrayal”, czyli nagrane w 2006 roku to kawałek porządnego, zimnego
black metalu, który nie sili się jak wiele zespołów, na technikę I selektywne
brzmienie. Dostajemy muzykę, która brzmi naturalnie i wściekło. Brzmienie tego
krążka kojarzy się z latami ’90, za co duży plus. Kompozycje energetycznie i
płynnie prą naprzód, a co ważne – nie nudzą. Czwórce pomorskich muzyków bardzo
dobrze udało się zaplanować kawałki. Zwolnienia są tam, gdzie być powinny, a
tempo w krótkim czasie wraca do solidnego galopu.
Z
pięciu utworów zdecydowanie wyróżnia się „The Highest Throne”, który buduje
klimat wstępem na basie oraz wprowadza wolniejsze tempo, pozwalając nieco
ochłonąć. Kawałek według mnie świetnie sprawdza się jako wyjście z płyty. Jest
długi, spokojny, lecz nie nudny i pozostawia bardzo przyjemną łunę atmosfery,
nie pozwalając na brutalne ucięcie płyty.
Wracając
do samego nagrania – jak już
wspomniałem, wszystko brzmi bardzo naturalnie. Słychać nieco amatorski sposób
realizacji płyty, co jednak w tym przypadku działa na plus. Perkusja czasami w
niewielkim stopniu wychyla się z tempa, bas brzmi bardzo dobrze, gitary mogłyby
posiadać trochę mniej siarki, zaś wokal – dobry, agresywny skrzek ma nieco za
dużo środka. Jednak realnie patrząc, chyba zostawiłbym ten krążek taki, jaki
jest, gdyż to jest właśnie jego urok.
Podsumowując
– jest to na pewno propozycja ciekawa dla ludzi lubiących undergroundowy black
metal, a nie wiedzą, że ktoś bardzo blisko robi lub robił dobrą muzykę. Szkoda,
że zespół już nie tworzy, bo wydana 3 lata później EPka „God of War” również
zapowiadała dobrą przyszłość Kriegseisen. Pozostaną nagrania.
W życiu
każdego człowieka przychodzi czas, kiedy chce się coś zmienić. Nie zawsze jest
to racjonalne i czasami robione jest na przekór radom z zewnątrz. Każdy ma
jednak wolną wolę i robi, mniej lub bardziej to, co mu się podoba. Anneke Van
Giersbergen po odejściu z The Gathering raczyła nas płytami albo akustycznymi,
albo utrzymanymi w klimacie soft rock. W tym roku, jak widać, nagrywanie tych
samych piosenek po raz trzeci (wiem, uszczypliwość, wybaczcie) całe szczęście
nie przyszło jej do głowy i dostaliśmy nowy materiał.
„Everything
Is Changing” – tak brzmi, bądź co bądź, adekwatna nazwa albumu, który pewnego
sobotniego przedpołudnia wrzuciłem na odtwarzacz i pomknąwszy na spacer
przystąpiłem do przesłuchiwania. Wrażenia, co dziwne, jak na płytę ulubionej
wokalistki, były dość nijakie. Na płycie otrzymujemy
radosno-niezbyt-głęboko-refleksyjny pop-rock, okraszony głosem Anneke, który
nie bardzo ma okazję rozwinąć swoje skrzydła tak, jak w wielu poprzednich,
znakomitych nagraniach. Muzyka nie jest najgorsza, jednak brzmi dość bezpłciowo,
mdło, czasami bardzo niesmacznie kojarzy się z muzyką użytkową z np. reklam. Poprawiają to niektóre, całkiem dobre
elementy, jak np. dość „metalowo” brzmiące riffy z „Stay” i „Too Late”, czy
dobre kompozycje („1000 Miles Away From You”). Największą bolączką tej płyty
jest jednak to, że w tej muzycznej, przez większość czasu mętnej papce niknie
wspaniały głos. Jest to tym bardziej niedorzeczne, iż jest to płyta solowa.
Albumu
da się słuchać, jest melodyjny, lekki, lecz niestety pusty w środku. Mam
wrażenie, jakoby 39-letnia Holenderka wchodząc w tak nieprzyjemny okres życia
próbowała dodać sobie więcej przebojowości, „odmłodzić” się przez energetyczną
muzykę i proste (mówiąc szczerze, czasami banalne) teksty. Jest to może dobre,
ze względu na zmianę potrzeb i postrzegania pewnych spraw, jednak dla odbiorcy
przyzwyczajonego do naturalności i charyzmy dawnej Anneke, taki wizerunek i
taka muzyka mogą być, tak jak dla mnie, słabo przyswajalne. Znacznie lepiej
odnajdywałem się w metaforycznych, zawiłych tekstach z okresu The Gathering niż
w prostych lirykach o treści obyczajowej rodem z nieco bardziej ambitnego popu.
Podobną płytę w 2006 dostaliśmy od Liv Kristine. Może to taka naturalna
potrzeba wokalistek p 30-tce. Tytuł tej płyty ma dla mnie osobiście nieco gorzkie zabarwienie, zapowiada bowiem, że muzyki, jaką Anneke tworzyła kiedyś już nigdy nie dostaniemy z powrotem, gdyż przecież wszystko się zmienia.
Podsumowując,
poprzednie płyty akustyczne miały w sobie jeszcze „duszę” – to coś, co
pozwalało czuć, że jest to ta konkretnie wokalistka. Na „Everything Is Changing”
dostajemy mało wyrazistą muzykę, której po prostu da się słuchać gdzieś w tle.
To zdecydowanie za mało.
PS. Na dobrą sprawę, ze względu na przynależność gatunkową
ta płyta nie powinna była znaleźć się na łamach tego bloga. Znalazła się tu ze
względu na muzyczną przeszłość wokalistki, ciekawość słuchaczy na jej dalsze
losy oraz moją osobistą sympatię.